piątek, 25 marca 2016

Rozważania o narodzie i państwie

Państwa Europy zachodniej padają ofiarą semantyki. Gdy w XIX wieku kształtowało się współczesne rozumienie narodu, w Europie środkowej poszczególne grupy etniczne były rozerwane pomiędzy trzy mocarstwa - niektóre, jak Polacy, nawet podzielone. Państwa były organizmem niezależnym od narodowości obywateli. Stąd te dwa pojęcia - naród i państwo kształtowały się w naszej części Europy rozłącznie. Dziś sprawa jest prosta: w formularzach urzędowych mamy rubrykę obywatelstwo, bo to ono ma znaczenie w naszych relacjach z podmiotami państwowymi. Francuza, Niemca czy Ukraińca, który po piętnastu latach mieszkania w Polsce uzyskał obywatelstwo nikt nie nazwie Polakiem, ale Francuzem, Niemcem czy Ukraińcem - obywatelem Polski. Z drugiej strony ideą przewodnią Rzeczypospolitej jest właśnie to, że możemy być obywatelami jednego państwa bez utraty odrębności narodowej. Dodatkowo nikt nie odbiera polskości polonusowi, który urodził się i wychował na przykład w USA - zgodnie uznamy go za Polaka.
Inaczej sytuacja ma się na Zachodzie. Państwa jednonarodowe (albo sztucznie jednonarodowe jak Włochy czy Niemcy) postawiły znak równości między narodowością a obywatelstwem. Jak długo migracja była zjawiskiem stosunkowo niewielkim, miało to sens. Wiadomo było, że Francuz to obywatel Francji, a Włoch Włoch (co nie przeszkadzało Sycylijczykowi nie żywić żadnych narodowych uczuć do Piemontyczka, a Bretończykowi do Okcytańczyka - oczywiście z pełną wzajemnością). Sytuacja absurdalna stała się w XXI wieku, kiedy wsiąść w samolot może każdy, a kto nie może, przywędruje pieszo przez otwarte granice. Obywatelstwo? Pięć lat dla mieszkańca UE i bach, jesteś Francuzem czy innym Belgiem. Dodatkowo w tych państwach pojawia się kwestia poważna - ius solis. Urodzeni na francuskiej ziemi są Francuzami w świetle prawa. A jak zaaplikować do tego logikę? Czy można zrównać nationalité i citoyenneté? Nazionalità i cittadinanza? Nationality i citizenship?
Francuzi dyskutują ostatnio nad możliwością pozbawiania nationalité osób skazanych za terroryzm. Jakiej narodowości checie ich pozbawiać? Tej, której nigdy nie mieli? Czy naprawdę w Paryżu w listopadzie wysadzali się Francuzi z Belgami czy może jednak tylko osoby o takim obywatelstwie? Czy rewolucja francuska dla tych ludzi miała jakiekolwiek znaczenie emocjonalne? Czy byliby gotowi śpiewać Marsyliankę pod trójkolorową flagą? Jeśli nie, to nie byli członkami narodu, bo naród to wspólnota historii, ziemi i obyczaju, z czego ziemia nie jest warunkiem koniecznym (vide Żydzi). Narodowości nie można pozbawić ustawą, tak jak ustawą nie można jej nadać. Gdyby w ich formularzach nie było rubryki nationalité, a ta właściwa - citoyenneté, to nikt nie oszukiwałby się co do ich francuskości.
Może to nie jest znaczący problem, ale krew mnie zalewa, jak słyszę o zamachach dokonywanych przez Francuzów czy Belgów. Semantyka i zaklinanie rzeczywistości, walka o zawłaszczanie pojęć - ale o tym chyba gdzieś pisałem (a jak nie, to kiedyś napiszę).
O taka notka na Wielki Piątek.

piątek, 4 września 2015

Cliché, banały i kilka słów o symbolach

Tak, wiem, dawno nie pisałem. Cóż, zapewne taka "regularność" przestała Was dziwić. Teraz przynajmniej będzie ona uzasadniona. Razem z publikacją tej notki oficjalnie rozpoczynam nowy etap mojego blogowego życia.  Zapraszam do czytania mojego nowego bloga - Le cliché provençal. O tytule, jego pochodzeniu i całym blogu możecie przeczytać w notce powitalnej. Będzie to projekt bardziej kompleksowy. Obok bloga poprowadzę kanał na YouTube, stronę na Facebooku i profil na Instagramie (jak już nauczę się obsługiwać to diabelstwo).




Nie oznacza to jednak likwidacji Myśli spod kapelusza. Zachowam je w dotychczasowej formie - będą platformą moich wynurzeń na rozmaite tematy - gdy na nowym blogu skupię się na konkretnej tematyce. Częstotliwość notek tutaj nie ulegnie zmianie.

Żeby nie było, że publikuję nową notkę tylko dla reklamy nowego projektu, postanowiłem napisać kilka słów o symbolach. Utartych, powtarzanych do bólu, o tak zwanych banałach, komunałach, cliché. Także o nich.

Słucham sobie pięknego utworu, IX symfonii Beethovena. Zna ją chyba każdy, ale możecie posłuchać ze mną.


Piękny utwór, cudownie harmonijny, podnoszący na duchu. Cieszyłbym się, gdyby kiedyś zagrano go na moim ślubie (nie, niczego nie planuję). Albo pogrzebie (też raczej nie w najbliższym czasie), nieważne. No właśnie, cieszyłbym się. Ale nie będę się cieszył, nie dano mi tej możliwości. Utwór ten kojarzy się teraz wszystkim jednoznacznie. Czy dobrze, czy źle - nie ma znaczenia. Ale jednoznacznie. Wyobrażacie sobie usłyszeć to na ślubie? Byłoby to co najmniej... dziwne. A szkoda.

Inny symbol, mniej muzyczny. O taka ładna tęcza, symbol nadziei a w Starym Testamencie przymierza z Bogiem. Swego czasu flaga imperium Inków, symbol wielu grup religijnych, do 1913 roku również Powszechnej Spółdzielni Spożywców "Społem". 

Noe i tęcza. Źródło.
Potem szalony wiek dwudziesty, kolorowanie ludzi i orientacji seksualnych. Ktoś zawłaszczył sobie tęczę. Tak po prostu. Matka Natura nie upomniała się o prawa autorskie i przepadło. Ale siedem kolorów to dużo, trudno to namalować, więc tęcza się zmodyfikowała i trafiła na flagi jako symbol ruchu LGBT. I znowu - teraz tęcza kojarzy się ludziom z jednym. Może to być skojarzenie pozytywne, może być negatywne, ale już na trwałe (no, przynajmniej na kilkadziesiąt lat) związane z orientacją seksualną.

Tęcza bez Noego i indygo. Źródło

Przejdźmy do kolejnego symbolu, tym razem kojarzącego się praktycznie jednoznacznie źle. Był sobie kiedyś pewien nie do końca poczytalny człowiek, który starożytny symbol słońca zaadaptował na znak swojego chorego wymysłu - Tysiącletniej Rzeszy. I tak Celtowie (no  dobra, ciężko znaleźć dziś prawdziwych Celtów), górale, Hindusi i wiele innych grup kulturowych zostało postawionych w niezręcznej sytuacji. Pozytywny do tamtego czasu symbol stał się wręcz ucieleśnieniem zła, a nawet złem samym w sobie.
Swastyka indyjska. Źródło
Swastyka podhalańska. Źródło

Swastyka nazistowska, ta zła. Źródło
To żeby zakończyć bardziej pozytywnym akcentem, jeszcze jeden symbol. Tym razem słowny. Zdanie wypowiedziane przez ówcześnie jeszcze przyszłego gubernatora Kalifornii - Hasta la vista, baby. Zwykłe hispanojęzyczne pożegnanie, które znaczy do zobaczenia, stało się tak rozpoznawalne, że podobno użycie go w Hiszpanii w wersji filmowej (z tym nieszczęsnym baby na końcu) może skutkować utratą szans na ciepłe relacje.


Arnold
(Screenshot z filmu Terminator 2: Dzień sąduŹródło

No dobrze, ale co łączy Unię Europejską, LGBT, Hitlera i Terminatora (za to zestawienie pewnie niektórzy mnie znienawidzą)? Zawłaszczanie symboliki. Pobudki są różne, ale praktycznie nigdy nie dokonuje się to w złej wierze. W ogóle wydaje mi się, że wychodzi to poniekąd przypadkiem. W końcu nikt (chyba) nie wstaje rano z myślą: a, zawłaszczę sobie dziś jakiś symbol, żeby ludzie go znienawidzili.
W ogóle to, co ja nazywam zawłaszczeniem, niektórzy określiliby raczej jako zwykłą ewolucję. Cóż, ich prawo. Moje też. Ale wkurza mnie, że nie będę mógł kiedyś posłuchać Ody do radości na własnym ślubie (tym, którego na razie nie planuję, bo mam wakat na stanowisku panny młodej).

środa, 1 lipca 2015

Geje, Murzyni i dyskurs publiczny

Jak zauważyliście już pewnie wszyscy, ostatnio Facebook przybrał tęczowe barwy. Nie mam zamiaru publicznie tego potępiać czy chwalić. Postanowiłem jednak odnieść się do tekstu, który otrzymałem w prywatnej wiadomości. Proszę, rzeczony tekst. Autor tej notki, zresztą nie tylko on, bo podobne poglądy wyraża wiele osób, twierdzi, że legalizacja związków homoseksualnych w USA nie ma znaczenia dla Polaków, bo to na drugim brzegu oceanu i w ogóle daleko. Niby tak. Też nie rozumiem wzajemnego wyklinania się przez obie strony tego sporu tu w Polsce. Ale nie rozumiem bynajmniej nie dlatego, że spór nas nie dotyczy.

W 1941 roku Amerykanom po raz drugi przypomniało się, że nie wzięli się w Ameryce znikąd. Przyjechali do Europy, pomogli pokonać Hitlera, rozpoczęli okupację Niemiec, ustanowili tam swoje bazy, które istnieją do dziś. Potem stwierdzili, że zniszczona wojną Europa jest kiepskim partnerem i wspomogli powojenną odbudowę Starego Świata. O planie Marshalla chyba każdy w szkole słyszał. I razem z dolarami do Europy płynęła Coca-Cola, McDonald's, KFC i inne tego typu wynalazki. Oczywiście jest to duże uproszczenie, ale chyba nikt temu nie zaprzeczy. Oprócz śmieciowego (ale pysznego) żarcia podróżowały także idee. W Polsce, która, niestety, z planu Marshalla skorzystać nie mogła, dzięki uprzejmości Wielkiego Brata ze Wschodu, idee pojawiały się częściej niż Coca-Cola. Stany Zjednoczone, kraina wolności, jawiły się jako miejsce idealne. Kiedy pod koniec lat osiemdziesiątych pojawiły się i u nas dolary i wolne wybory, wszystko co hamerykańskie, jako dobre, było importowane na potęgę. W tym idee. Wolność słowa, wolność prasy, wolność wyboru, wolność seksualna, moda, muzyka, a nawet prawodawstwo. W międzyczasie przyciągnęliśmy sobie jeszcze łącze internetowe, co sprawiło, że nagle z tymi, którym w mniej szczęśliwych czasach udało się wyjechać, można było porozmawiać nie tylko przez telefon, ale też przez Internet, znaczy taniej. Powszechna nauka angielskiego, komputer w każdym domu... I już można przeglądać durne obrazki wyprodukowane za oceanem i kłócić się z przypadkowymi ludźmi nie tylko z tej strony Odry. A w Internecie językiem dyskursu jest język angielski. Język, który od kilku dekad jest nie tylko narzędziem porozumiewania się, ale też polem walki. Jeszcze piętnaście lat temu słowo Murzyn było normalnym słowem, jak Indianin. Ale w USA ktoś doszedł do wniosku, że pewne słowa są gorsze od innych i nie można ich używać. I, mimo że w naszym pięknym kraju osób czarnoskórych nie ma nawet promila, nagle nazywanie ich Murzynami stało się niemile widziane. Jakoby dyskryminujące. Cóż, nie wiem, jak można kogoś dyskryminować przez stwierdzenie faktu, ale zdaniem niektórych można. Oprócz poprawności politycznej pojawił się szarżujący feminizm, genderyzm i kilka innych pokrewnych ideologii, które sobie mordę Kantem wycierają (Immanuelem oczywiście). I nagle to, co zdawało się być niewinnym elementem folkloru państwa za oceanem, staje się realnym przedmiotem dyskusji publicznej u nas! W XXI wieku tysiące kilometrów nie są przeszkodą dla idei, które podróżują światłowodowym łączem. A jak najprościej przekazywać idee? Za pomocą języka. Słowa, słowa, słowa. Mam problem z używaniem słowa Murzyn. Robię to tylko w środowisku, w którym wiem, ze mogę sobie na to pozwolić, że nikt mi nie krzyknie w twarz: rasisto! Ale ja rasistą nie jestem. Nigdy nie byłem i nie planuję. W ogóle zawsze miałem się za osobę tolerancyjną. Mam znajomych o innym kolorze skóry, o innej orientacji, innej religii. Nie przeszkadza mi to w rozmowie z nimi. Ale wiecie czego nie lubię? Kiedy ktoś próbuje wpływać na mój język. Każe nazywać mi rzeczy inaczej, niż zwykłem, inaczej, niż naprawdę się one nazywają.

Mowa to potężne narzędzie. Myślimy językiem. Nasze myśli nie przybierają abstrakcyjnej formy, a wyrażane są przez słowa. Olbrzymiej woli trzeba, żeby język dyskursu publicznego nie przeniknął do naszych rozważań, o ile w ogóle jest to możliwe. Dlatego to, co się mówi, czy tu, czy za oceanem, ma wpływ na nasze życie.

Na koniec piosenka sprzed lat. Ale, wydaje mi się, wyjątkowo dziś trafna.


poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Poczuć raj

To nie będzie recenzja, chociaż zacznę od polecenia Wam filmu, który pewnie duża część zna, bo zdążył się on wpisać do klasyki kina.

Polecam włączyć sobie motyw przewodni z filmu, jako podkład muzyczny do lektury. Miłego czytania.


Cinema Paradiso Giuseppe Tornatore. Tytuł, nie wiedzieć czemu, przez polskiego lektora czytany z francuska, a i to nie do końca (ale z włoskim to nic wspólnego nie miało).
Większą część filmu stanowią wspomnienia głównego bohatera - reżysera Salvatore. Historia jego życia, jak łatwo się domyślić, związana jest z kinem Paradiso (Raj) z rodzinnego miasteczka. Skąd specyficzna nazwa? Kino powstało przy parafii, jako jedyna rozrywka mieszkańców małej włoskiej mieściny. Nie będę opisywał fabuły - po prostu to zobaczcie.

Film ten nie ma porywającej i trzymającej w napięciu do ostatniej sekundy fabuły. Oczywiście, jest ona interesująca i chce się poznać dalszy ciąg, jednak nie ona stanowi o wartości tego filmu. Cinema Paradiso to film o emocjach i uczuciach. Bardzo nastrojowy, z genialną muzyką Ennio Morricone i plastycznymi obrazami, wywołuje zachwyt samą swoją formą. Do tego wspaniała gra aktorska, wyraziste postaci - nie pozwalają przejść obok niego obojętnie.

Zaznaczyłem jednak, że nie będę się bawił w recenzenta - za dużo już na ten temat napisano, żeby moja pisanina miała w tej materii jakiś sens. Ze wszystkich scen z tego filmu szczególnie zapadły mi w pamięć nie wzruszające momenty, przy których zdarzyło mi się uronić łzę czy dwie, ale sceny pokazujące widzów kina Paradiso podczas seansów. Filmy tam wyświetlane podlegały uprzednio bezlitosnej cenzurze księdza. Kawałki taśmy celuloidowej ze scenami pocałunków lądowały w wielkim koszu. Dwadzieścia lat chodzę do kina i nie widziałem, żeby się całowali. Skandal!
Filmy z Charliem Chaplinem czy Johnem Waynem, mimo braku erotyzmu, mimo właściwym tamtemu okresowi efektom specjalnym, mimo swojej nienachalności wywołują u zebranej publiki prawdziwe emocje. Ludzie przepychają się i walczą, żeby zobaczyć film po wielokroć. Największe wrażenie wywarły na mnie sceny, w których cała publiczność płacze, śmieje się, rzuca przekleństwa pod adresem aktorów, przeżywa oglądany obraz. Czy dzisiaj też tak potrafimy? Czy lekki, subtelny humor przemawia do człowieka XXI wieku? Potrafimy naprawdę szczerze płakać podczas lektury książki czy seansu filmowego? A w teatrze (ktoś jeszcze chodzi do teatru? - nie mówię o pseudoteatrze nowoczesnym, tylko o klasycznych sztukach, ale to temat na oddzielny wpis)?
Kogo w dobie internetowej pornografii podnieci naga kobieta, leżąca na brzuchu i pokazana od boku? Co z subtelną erotyką? Dziś tak naprawdę ciężko mówić o erotyce w kinie -  pełne wyuzdania sceny nie pozostawiają wyobraźni zbyt szerokiego pola do popisu.
Wszystko rozbija się o jedno - o subtelność. Zatraciliśmy w XXI wieku (a może gdzieś pod koniec XX) sztukę rozumienia subtelności. Dziś wszystko jest mocne, silne, na maksa, ekstra, super, zajebiste. Jak film, to z efektami specjalnymi, wybuchami, gorącym, wyuzdanym seksem, prymitywnymi żartami. Jak muzyka to głośna i z dobrym bitem - melodia gra drugorzędną rolę. Nawet do jedzenia dorzucają wzmacniacze smaku!
Pozwolę sobie zacytować Sapkowskiego (Krew elfów): Shani uśmiechnęła się jeszcze śliczniej, a Jaskier znowu nabrał ochoty, by wreszcie ułożyć balladę o dziewczętach takich jak ona – niezbyt ładnych, a pięknych, takich, które śniły się po nocach, podczas gdy te klasycznie urodziwe zapominało się po pięciu minutach.
Bombardowani emocjami (ale zawsze tymi najsilniejszymi) osłabiliśmy naszą zdolność odczuwania. Nie rusza nas to, co nie jest wyśrubowane do granic, co nie dostarcza emocji porównywalnych ze skokiem na bungee. Ludzkość zgubiła gdzieś dziecięcą umiejętność dziwienia się, a co za tym idzie - zachwycania się.
Staje mi przed oczami scena sprzed kilku lat (pewnie około siedmiu-ośmiu). Byłem z tatą na Krymie. Szliśmy przepiękną ścieżką praktycznie wyciętą w klifie. U stóp rozbijały nam się fale morza o tak nieziemskim kolorze... Widok jak z bajki. Miejscowość Nowy Świat, nomen omen zwana też Paradise. Ścieżka zaczyna piąć się w górę. Przed nami wycieczka. Stara przewodniczka odwraca się do swojej trzódki ze wzrokiem pełnym nienawiści i wyrzuca z siebie z prędkością i brzmieniem AK-47: To teraz odwrócić się, zrobić zdjęcie, zobaczyć jak pięknie i idziemy dalej.
Tak wygląda, niestety, duża część współczesnej turystyki (a właściwie życia). Zdjęcie zrobione smartfonem, najlepiej selfie i dalej, do kolejnego punktu, który przyniesie dużo lajków na Instagramie. Świat obserwowany przez obiektyw i ekran telefonu (można to jeszcze nazwać telefonem?). Na koncertach to samo! Zadziwiają mnie ludzie, którzy, zamiast bawić się na koncercie, próbują zrobić jak najlepsze ujęcie czarnych sylwetek swojej ulubionej kapeli. Super.

Zamieniliśmy ciastka z cukierni i świeże owoce na batony z supermarketu.

Mam tylko nadzieję, że nie wszyscy.

Kadr z filmu (źródło)

środa, 15 kwietnia 2015

Śnieg, wiosna, Bieszczady

Uprzedzam, w tym wpisie będzie dużo zdjęć. Więcej niż tekstu, być może.

Jakoś na początku marca nie wytrzymałem psychicznie i wyjechałem w góry. Mój mózg potrzebował odpoczynku. Dusiłem się już w mieście, na uczelni, przy biurku nad książkami. Zdałem ostatni egzamin, zostawiłem indeks koledze, żeby nawet nie musieć go odnosić i wyjechałem w góry. Nie na długo, od środy do niedzieli. Oczywiście autostopem, z ulubionym kijem w ręku, z plecakiem z ciepłymi ciuchami i żarciem na plecach. No i kapeluszem na głowie, jakżeby inaczej.
W dzień przed wyjazdem (a właściwie noc) pojechałem do sklepu po termos i folię termiczną. Termos kupiłem w takim pięknym kolorze, jak widać poniżej. Był jeszcze różowy do wyboru. Ale w sumie się przyzwyczaiłem. Ważne, że dobrze trzymał ciepło herbaty.


Pierwszą noc spędziłem w Ustrzykach Górnych u Goprowców. Myślałem, że nie dojadę do Ustrzyk przed zmierzchem, ale pewien miły człowiek zawiózł mnie tam, mimo że nadłożył przez to ze trzydzieści kilometrów.
Wstałem o świcie i poszedłem w stronę szlaku czerwonego i wejścia na Połoninę Caryńską. Szlak  mi doskonale znany, ale była to moja pierwsza zimowa (tak, zimowa, mimo że to marzec) wyprawa w góry (oczywiście piesza, pomijam wyjazdy na narty).

Widok z Ustrzyk Górnych

A to mostek na samym początku szlaku
Pogoda była wspaniała pierwszego dnia. Był lekki mróz i świeciło słońce. Warunki idealne. Nie szedłem daleko, bo tylko do schroniska Koliba. Ale przed sobą miałem wejście na Połoninę Caryńską.
Zima daje możliwość obserwowania tropów
Sam marsz pod górę męczący. Ciężki plecak, grube ubrania i śliska powierzchnia nie umilały stromej wspinaczki. Z radością zrobiłem sobie przerwę przy pierwszej (i właściwie na tym podejściu jedynej) wiatce.
Zdjęcie z samowyzwalacza, dlatego musiałem przyklęknąć
Na szlaku byłem sam. Szedłem pod górę po śladach kogoś, kto schodził, zapewne poprzedniego dnia. Każdy, kto wchodził na Caryńską od strony Ustrzyk Górnych z pewnością pamięta schody. Czekałem na nie długo, ale się nie doczekałem.
Na tym zdjęciu są schody, jakieś pół metra pod śniegiem
Gdy wyszedłem z lasu, ludzki trop się urwał. Stałem przed białą przestrzenią, znając tylko w przybliżeniu kierunek, w którym mam zmierzać. Postanowiłem więc wdrapać się na najwyższy punkt, który widziałem. Stamtąd skierowałem się w kierunku kolejnego. I tak aż do najbliższego drogowskazu. Szedłem po dosyć mocnej warstwie zmarzniętego śniegu. Uczyłem się metodą prób i błędów, gdzie można stawać, a jakich miejsc lepiej unikać. Były całe odcinki, że brnąłem w śniegu głębokim do połowy uda. Zdarzało się, że pokrywa zapadała się pode mną i lądowałem w śniegu po pas, kompletnie zaskoczony.
Zdjęcie zawiera ślady. Moje własne.
A tu kolejne użycie samowyzwalacza.
Zdradziłem kapelusz na rzecz czapki.
Na grani zbyt wiało.
W końcu dobrnąłem do drogowskazu, który był całkowicie skuty lodem. Trochę go obłupałem i poszedłem szlakiem na północ, w kierunku doliny. Gdy już zacząłem schodzić, zobaczyłem kruki. Lubię te ptaki. Kojarzą mi się nieodmiennie z Bieszczadami.
Pojechałem kiedyś na długi weekend majowy w Bieszczady. Wyruszyłem z Ustrzyk Górnych czerwonym szlakiem na Połoninę Caryńską koło dziesiątej rano, ale że miałem dobre tempo, postanowiłem przejść też przez Połoninę Wetlińską. Nie wiem, o której zostawiłem za sobą Chatkę Puchatka, pewnie było to koło szesnastej, może siedemnastej. Do zachodu słońca miałem jeszcze trochę czasu - wypadał dokładnie na dwudziestą.
Szedłem kamienistą połoniną. Niebo zrobiło się szare. Nie było grubych chmur, ale słońce rozmyło się w wilgotnym powietrzu. Wiał wiatr - kolejny nieodłączny towarzysz bieszczadzkich wypraw. Na szlaku byłem sam. Nie wiem, gdzie podziali się ludzie, których wcześniej było całe mrowie. Nagle przede mną, w odległości jakichś trzydziestu, może pięćdziesięciu metrów wylądowała na skale para kruków. Pierwszy raz miałem okazję przyjrzeć się tym dostojnym ptakom. Szedłem dalej szlakiem w ich stronę. Kruki poderwały się i przeleciały kawałek dalej. Atmosfera była trochę posępna. Ale szedłem, śpiesząc się coraz bardziej, a przede mną polatywała parka czarnych ptaków. Chwilę później wszedłem w zarośnięty odcinek szlaku, a kruki zniknęły.
Tamtego dnia miałem jeszcze jedno niepokojące spotkanie. Jakoś przed dziewiętnastą dotarłem na szczyt Smereka, już za przełęczą Orłowicza. Na szczycie stało dwoje ludzi, w oddaleniu jeszcze jeden mężczyzna. Podszedłem najpierw do pary. Mimo wieczornej szarówki mieli na twarzach okulary przeciwsłoneczne, a na głowach kaptury.
- Skąd i dokąd idziecie? -zapytałem, licząc, że tam gdzie ja.
- Znikąd donikąd, przyjacielu - odpowiedział mi mężczyzna. - Nie widziałeś nas tu.
Odszedłem, nie wiedząc co powiedzieć. Podszedłem do samotnego mężczyzny. Miał na sobie kurtkę GOPRu.
- Dokąd idziesz?
Odpowiedziało mi milczenie.
- Do wsi Smerek, czerwonym?
Nadal cisza
- Do Kalnicy, przez Smerek?
-Mmmm - wyburczał tylko w odpowiedzi i odwrócił się we wspomnianym kierunku.
Siadłem na ławce. Spróbowałem znaleźć latarkę czołówkę. Nie znalazłem. Zostawiłem ją na biurku, jak się pakowałem. Zjadłem trochę czekolady i ruszyłem dalej czerwonym szlakiem. Zaraz pod szczytem spotkałem mężczyznę w kurtce GOPRu. Stał i patrzył się na szczyt, z którego przed chwilą zszedł. Gdy mnie zauważył, ruszył z powrotem pod górę.
- Jednak zmiana planów? - zapytałem.
- Mmmm.
Poszedłem czym prędzej w dół.
Potem, przy samym końcu zejścia, spotkałem jakąś dziewczynę, która czekała na kolegę. Poszliśmy razem do schroniska. Wyrobiłem się z zejściem idealnie przed zmierzchem. Od tamtej pory mam sentyment do kruków. Ale wróćmy do mojej zimowej wyprawy.
Właśnie poderwał się z drogowskazu


Koło południa doszedłem do Koliby. Zdjąłem przemoczone ubrania, zjadłem obiad i do wieczora czytałem Ojca chrzestnego. To był piękny dzień. Cały dzień czytania. Idealny spokój.
Koliba
Następnego dnia musiałem wrócić na szczyt Caryńskiej, zejść do Berehów Górnych i wejść na Wetlińską, do Chatki Puchatka. Pogoda nie była już taka wspaniała.
Ten sam drogowskaz, co wyżej. Tym razem kolejnego dnia.
Aha, to zdjęcie jest kolorowe.
A tu już zdjęcie z Wetlińskiej. Skała dzielnie trzymała aparat.
Chatka Puchatka na horyzoncie
Po południu pogoda zaczęła się poprawiać
Nie przepadam za Chatką Puchatka. Kojarzy mi się z płatnym wrzątkiem, drogim noclegiem i smrodem przemoczonych butów dwadzieściorga harcerzy - przykre wspomnienie lipcowego tam noclegu. Tym razem do wspomnień doszedł jeszcze zamarznięty wychodek. Wyobraźcie sobie - oszroniona deska, oblodzona podłoga, a na klapie rajska wyspa.
Dokładnie taka rajska wyspa. Zdjęcie z katalogu Castoramy.
Przenocowałem tam po to, żeby móc zerwać się z łóżka o piątej trzydzieści i zobaczyć to, z czego słynie Chatka Puchatka. Wschód słońca.




Potem poczekałem na wrzątek (płatny) i wyruszyłem dalej. Pogoda znowu piękna. Do Przełęczy Orłowicza szlak dosyć łatwy, przedeptany. Nie sposób zgubić.





Za przełęczą Orłowicza odbiłem na czarny szlak, w stronę schroniska w Jaworcu. Cóż, ten już nei bł tak popularny.
Tak, tu gdzieś jest szlak
Przedeptałem. Następni (kto?) będą mieli prościej

Przedostatnie oznaczenie, które znalazłem
A potem zabłądziłem. Szedłem jednak dalej skrajem lasu, mając nadzieję, że dotrę do celu. Tak mniej więcej mi wynikało z mojej beznadziejnej mapy. Aż nagle spotkałem narciarzy. Szli z Jaworca, czarnym szlakiem. Teraz już nie mogłem się zgubić. Poszedłem więc dalej, już pewnym krokiem, w stronę doliny i wiosny.
Moi wybawcy się oddalają
Tego dnia spotkały mnie jeszcze dwie przygody. No, może to zbyt szumne słowo. Najpierw zabłądziłem. Szedłem po śladach ludzi, było ich prościej pilnować niż poukrywanych gdzieś oznaczeń szlaku. W pewnym momencie wydeptana ścieżka szła jakimś dziwnym łukiem. Jako że widziałem, gdzie idzie dalej, postanowiłem skrócić sobie drogę. Skróciłem, akurat. Po kilku minutach coś mi przestało pasować. Ziemia była zryta, a ślady przypominały bardziej raciczki niż treki. Zawróciłem. Jakoś spotkanie z dzikami mi się nie uśmiechało. Oczywiście znalazłem bez problemu właściwą ścieżkę. Kilka chwil potem, po wesołym marszu między zamarzniętymi kałużami (a maszerowałem ze śpiewem na ustach, tak przyjemnie mi było), przypadkiem stanąłem na taką kałużę. Wpadłem po kolano.
O taka wiosna była!
A tu już Jaworzec
W Jaworcu smaczne jedzenie, urocze koty, czytanie książki i miłe towarzystwo narciarzy, których spotkałem wcześniej. A następnego dnia droga do Cisnej, na autobus do Komańczy.
Postapokaliptyczna scena gdzieś przy drodze do Kalnicy

Tak, to jest dom. Z drugiej strony ma drzwi. Serio. Kogoś zainspirował Egipt może?

A tu piękna tablica jeszcze piękniejszego autobusu. Ale dojechał.
W Komańczy spotkałem się z Łemkiem, którego miałem przyjemność poznać w lipcu. Obeszliśmy Komańczę wokół, rozmawiając. Tam już pełnia wiosny.






Po tej tamie przeszliśmy rzekę. A potem wspięliśmy się na skarpę.

Jeszcze tego popołudnia złapałem stopa do Rzeszowa. Ciężej było się stamtąd dostać do Lublina. Po dwudziestej jest to praktycznie niemożliwe. Autobus o pierwszej, pociąg o piątej. Na dworcu zakumplowałem się z człowiekiem, który wyglądał na bezdomnego. Ale miał telefon komórkowy. Cóż, dziwne rzeczy się zdarzają. Do domu wróciłem koło drugiej w nocy, dzięki Michałowi, który znalazł mi transport w Internecie. Jestem mało współczesny, ja na to bym nie wpadł.

Wyjazd był... świetny. Odpocząłem psychicznie. Przy okazji zaspokoiłem pragnienie, które atakuje mnie każdej wiosny - żeby rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady. Może do majówki starczy...

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Fachowcy

Jakoś ze dwa tygodnie przed świętami mój blok obrósł rusztowaniem. Znowu. Ktoś bardzo mądry wymyślił, że grudzień to dobry moment na rozpoczęcie ocieplania. Ocieplili, ale teraz trzeba jeszcze pomalować i położyć skutą w grudniu płytkę na balkonach. No więc rusztowania. Przez dwa tygodnie padało, do świąt nie zauważyłem w okolicy ani jednego robotnika. Cóż, mogli sprawdzić prognozę pogody wcześniej.
Wielki Piątek. Jest! Pojawił się na balkonie i nawet kładzie płytkę! Z wrażenia zaproponowałem kawę. Nie chciał. Jego strata.
Nie chciał, bo nie zdążyłby wypić. Pojawił się koło południa, o czternastej już go nie było. Jedna trzecia balkonu pokryta płytką.
Dalszy ciąg we wtorek. Siedzimy z tatą i Piotrem przy wczesnym obiedzie, na balkonie robotnik. Pracuje. Do pierwszej. Główna część balkonu gotowa. Teraz zostały mu kąty, schodek i kant przy ścianie. Rozumiem, musi powycinać, nie będzie tak szybko.
Następnego dnia ułożyli część kątów. Brawo. To była środa. Od tamtej pory ich nie widziałem. Do dziś. Dokładnie w tym momencie (godzina 12.20) jeden władował się na balkon. No, prawie, bo stoi na rusztowaniu na zewnątrz balkonu i coś podmurowuje. Ekstra. Do drugiej mało czasu, pewnie na tym podmurowywaniu się skończy. Zostały im jeszcze kanty, schodek i fugi. Może do majówki odzyskam balkon.

Boję się trochę remontów, odkąd ze dwa tygodnie temu (może trzy) zaczęli coś kopać u wylotu mojej ulicy. Zapytałem, co robią. Wodociągi. Jak na razie, to nie wymienili żadnego wodociągu, a jedynie rurę z gazem, o którą zahaczyła łyżka koparki. Zastanawia mnie, kiedy to zrobili, bo ani razu nie widziałem, żeby pracowali. Zawsze siedzą w tych swoich koparkach ze smartfonami. No ale może płacą im dniówki, a nie za wykonanie roboty. Tak jak tym na moim balkonie... A jak jeszcze sobie pomyślę, że balkonów na tej ścianie bloku jest cztery, to boję się, że rusztowanie nie zniknie przed wakacjami. Chociaż oni przynajmniej nie próbują mnie wysadzić...

piątek, 13 marca 2015

In memoriam

Gdzieś w multiwersum jest wszechświat, w którym dzisiaj nie zmarł sir Terry Pratchett. Nie jest to jednak nasz wszechświat. Gdy przeczytałem pierwszą informację na ten temat, zrobiło mi się szczerze smutno. Nie dlatego, że nie przeczytam już żadnej jego nowej książki, choć to też pozostawia pewien niedosyt, ale dlatego, że odszedł pisarz będący mi szczególnie bliskim.
Nie będę pisał tutaj o jego twórczości. Dużo napisano, dużo pewnie, zwłaszcza teraz, zostanie napisane. Poza tym dzieła Pratchetta nie potrzebują adwokatów ani mecenasów i bronią się doskonale same. To będzie krótka refleksja o tym, co dla mnie znaczą książki i sama osoba sir Terry'ego Pratchetta.

Źródło: http://www.dignityindying.org.uk/patron/sir-terry-pratchett/


Siadając do pisania tej notki stwierdziłem, że nie obędzie się ona bez cytatu. Od razu pomyślałem o książce Humor i mądrość Świata Dysku z wybranymi cytatami z dzieł Pratchetta, którą kiedyś przy jakiejś okazji miałem przyjemność otrzymać. Niestety, książka akurat na wyjściu. Szybki rzut oka na półkę, co z mojej kolekcji Pratchetta jest na właściwym miejscu. Para w ruch, najnowsza książka ze Świata Dysku. Najnowsza książka i najmłodszy bohater, Moist von Lipwig. Zdążyły się ukazać trzy książki o nim. No nic, niech więc sztuka mówi za siebie.

Odrobinę łatwiejsze było znalezienie wody na wyżej położonych terenach, po osiowej stronie tundry, gdzie z lodowca Wiecznowiatru wypływały lodowate strumyki umożliwiające hodowle kóz. A wiec kozy rodzina Knuta hodowała, doiła i doglądała od wieków. A kiedy kozy skubały to, co na tych terenach uchodziło za trawę, Knut zasypiał i śnił o nieściganiu kóz po praktycznie jałowej okolicy. Z początku mu się to podobało, ale teraz był starszy i coś mu mówiło, że istnieją w życiu ciekawsze zajęcia niż przyglądanie się, jak kozy jedzą obiad: raz, dwa niekiedy trzy razy. Czasami robił y zabawne miny i czasami się śmiał. Ale jakaś wewnętrzna tęsknota przekonywała, że kozy to nie wszystko.
Pewnie dlatego, kiedy przeciągły gwizd zabrzmiał nad tundrą, pobiegł szybko, by sprawdzić co wydaje ten cudowny dźwięk. Zobaczył błyszczącą w świetle poranka smugę wijącą się przez równinę w jego stronę. Zastanowił się, czy to zjawisko ma coś wspólnego z dziwnymi sztabami metalu, kilka tygodni temu położonymi w tundrze przez brygady robotników. przynosił im wiadomości i sprzedawał ser swojej matki, ale nie mógł zrozumieć, co właściwie robią. Kozy jednak bez przeszkód przekraczały metalowe pasma, więc przestał się zastanawiać. O ile zapamiętał słowa tamtych ludzi, chodziło o jakąś cudowną machinę, która w chmurze pary mogła przejechać dookoła świata. I teraz chciałby wiedzieć więcej o tej pędzącej przez tundrę śpiewającej bestii, od czasu do czasu plującej ogniem.
Zostawiając kozy, zbiegł po zboczu do miejsc, gdzie powietrze było cieplejsze. W końcu wyśledził źródło hałasu w jakiejś wielkiej szopie. Akurat do niej dotarł, kiedy bestia, niosąca we wnętrzu ludzi, wyrwała się z niej przez wrota i pognała po metalowych torach. Spoglądał za nią, póki nie zniknęła. Później ludzie z miasta wyjaśnili mu, że było to coś, co nazywają lokomotywą. Tęsknota w sercu zrodziła się na nowo i stopniowo zaczęła narastać. Tak, rzeczywiście istniały rzeczy ciekawsze od kóz.

W pewnym momencie przez moje życie przemknęło kilka takich lokomotyw. Najpierw był C.S. Lewis, potem Juliusz Verne, potem J.R.R. Tolkien. A potem dostałem Zadziwiającego Maurycego i jego uczone szczury. Pierwsze polskie wydanie, w twardej oprawie. Tak niepodobne do innych ze Świata Dysku. Pamiętam, że ta książka zostawiła we mnie jakiś niepokój. Byłem mały, nie do końca ją rozumiałem, a tym bardziej nie potrafiłem jej umiejscowić w szerszym kontekście. Ale spodobała mi się. Pamiętam do dziś emocje, jakie wywoływały we mnie wtedy opisy tuneli pod miastem i króla szczurów. Potem... potem próbowałem czytać Czarodzicielstwo, ale mnie znudziło. Było trudne, zwłaszcza dla ucznia podstawówki. A potem już nie pamiętam. Po kilku latach przeczytałem Czarodzicielstwo i wydaje mi się, że to jedna z najlepszych książek Pratchetta.
Osobiście najprzyjemniej zawsze czytało mi się serie o Śmierci. Kosiarz, Mort, Wiedźmikołaj, no i oczywiście przegenialna Muzyka duszy. Ale gdybym miał wymieniać książki sir Terry'ego, które mi się podobały, to musiałbym przekopiować kompletną listę z Wikipedii.

Nie wiem, który autor wpłynął najbardziej na moje pragnienie pisania, ale jestem pewien, że Pratchett miał w tym swój wielki udział. Pamiętam, jak marzyłem kiedyś żeby go poznać. Wiedziałem, że muszę się śpieszyć, bo jest chory. Od wielu lat chorował na Alzheimera w dosyć poważnej postaci. Ale pisał do końca. Nigdy nie przemogłem się, żeby spróbować napisać do niego. Zresztą, cóż, takie trochę naiwne dziecięce marzenie.

Choć obecnie piszę coraz więcej rzeczy, które z fantastyką nic wspólnego nie mają, to jednak bez niej pewnie bym nie zaczął tworzyć. A w fantastyce od dawna mówię o trzech mistrzach. Moich mistrzach, z których twórczości staram się czerpać natchnienie i którzy inspirują mnie do pisania. Zaraz pewnie część z Was zaprotestuje przeciwko jednemu nazwisku. trudno.

Po pierwsze Tolkien. W sposób niekwestionowany. Ogrom jego dzieła... cóż, tu nie ma co się rozwodzić. Bezwzględnie na pierwszym miejscu.
Po drugie (to ten kontrowersyjny i kolejność służy tu tylko retardacji) Sapkowski. Tak, wiem, niektórzy twierdzą, że jest przeciętny. Trudno. Inspiruje mnie jego sposób pisania, soczysty język, świat, który nie jest światem dobra i zła, czerni i bieli, ale jest brutalny, szary i wali po mordzie, a jak trzeba to nabija na widły. I nie uważam, żeby był przeciętny.
No i po trzecie sir Terry Pratchett. Podziwiam przede wszystkim język. Wybitne poczucie humoru, tak brytyjsko absurdalne. No i oczywiście nieskrępowaną wyobraźnię, fantastyczną i zaskakującą. Przy tym niezwykła wprost umiejętność postrzegania zjawisk społecznych i tworzenia ich paraleli w barwnym i cudownym świecie. Jeśli do tego doda się ogrom jego twórczości (czterdzieści tytułów z samego Świata Dysku, do tego wiele innych, w tym pisanych wspólnie z innymi autorami, i niezliczone opowiadania), niezaprzeczalnie trzeba nazwać go geniuszem.

Dawno niczyja śmierć mnie tak nie dotknęła. Poczułem się, jakby zmarł ktoś, kogo znałem i lubiłem. Ale może w innym świecie multiwersum będzie szczęśliwy. Myślę, że Śmierć przywitał się z nim, jak z dawno niewidzianym przyjacielem.

No i na koniec tweet z oficjalnego konta sir Terry'ego.